Pietia i Witia - co złego, to nie my!


     
FRAGMENT:

FRAGMENT OPOWIANDANIA
Z ANTOLOGII POLSKIEJ FANTASTYKI
SCIENCE FICTION PO POLSKU
WYDAWNICTWO PAPERBACK

Dariusz Domagalski
Upiorny błękit
Gdy nauczyliśmy się zakrzywiać czasoprzestrzeń, wszechświat stanął przed nami otworem. Sięgnęliśmy gwiazd. My – rasa ludz-ka. Wyruszyliśmy w niezbadane rejony kosmosu i tak jak nie-gdyś pierwsi żeglarze odkrywali nieznane lądy po drugiej stronie oceanu, tak my docieraliśmy do niedosiężnych galaktyk czy od-ległych mgławic, przyglądając się z bliska czerwonym karłom, niebieskim nadolbrzymom, cefeidom, pulsarom i wybuchają-cym supernowym, a co odważniejsi dolatywali nawet do kwaza-rów oddalonych o miliardy lat świetlnych. Wyznaczaliśmy nowe szlaki.
Rozpoczęła się era podróży kosmicznych.
W naszych sercach nie było strachu, płonęły za to żądza po-znania i odwieczne pragnienie podboju. Niczym konkwistado-rzy oślepieni złotem Inków, my, oślepieni pychą i arogancją, po-dążyliśmy za marzeniami. Czekały na nas nowe światy, nowe możliwości, nowe nadzieje. Kolonizowaliśmy i eksplorowaliśmy planety aż do wyczerpania ich zasobów i niczym się nie przejmu-jąc, porzucaliśmy wyjałowione. Byliśmy jak szarańcza nawiedza-jąca uprawne pola i przynosząca zniszczenie.
Taka już nasza ludzka natura.
 
Nie wierzyliśmy, że coś może nas powstrzymać, bo chociaż sto-pa człowieka stanęła na blisko dziesięciu tysiącach planet, księży-ców i planetoid, nigdzie nie znaleźliśmy śladów obcej cywilizacji. Wyglądało na to, że jesteśmy w kosmosie sami i nie musimy z ni-kim dzielić się jego bogactwem. Uwierzyliśmy, że to wszystko nam się należy. My, kruche, białkowe istoty będące zaledwie na począt-ku swojej ewolucji, uznaliśmy się za władców wszechświata.
Przedwcześnie...
*
Do gromady kulistej 47 Tucanae polecieliśmy w pięć osób na lśniącym nowością statku kosmicznym o wdzięcznej nazwie Gwiezdny Anioł. Była to jedna z tych jednostek badawczych, które dolatywały na skraje poznanego wszechświata, wszędzie tam, gdzie jeszcze nikt nie dotarł. Jej właścicielem, a zarazem do-wódcą wyprawy był komandor Thorssen, jasnowłosy mężczyzna w średnim wieku, o rysach twarzy jak wyrzeźbionych w granicie.
Siedząc w fotelu pierwszego pilota, usta miał mocno zaciśnię-te i zimnymi niczym stal oczami w napięciu obserwował ekrany nawigacyjne. Thorssen był perfekcjonistą, wszystko musiało być zawsze zapięte na ostatni guzik. Nie akceptował błędów ani sła-bości, zarówno u siebie, jak i członków załogi.
Trudno było mu się dziwić. Zainwestował w wyprawę sporo pieniędzy, licząc na to, że dochody z odkrytych złóż nie dość, że zrekompensują mu koszt ekspedycji, to jeszcze uczynią z niego bogatego człowieka.
Taka była strategia wielkich korporacji. Wynajmowali takich jak my, zwiadowców podbijających dla nich nowe światy za obietnicę udziałów. Przetartymi szlakami nadciągały konwoje wiozące maszyny wydobywcze, komponenty górnicze, automaty i pracowników. Na odkrytych globach stawiano fabryki i osady, które potem rozwijały się w całe miasta. Dochód z nich przekra-czał najśmielsze wyobrażenia i te kilka procent udziałów okazy-wało się być sumami bajońskimi.
 
Wizja olbrzymich zarobków pchała w kosmos rzesze śmiał-ków. Niewielu jednak udawało się zbić fortunę. Większość ginę-ła, źle obliczywszy koordynaty, co skutkowało tym, że ich statki rozbijały się o planetoidy, spalały w gwiazdach lub znikały na zawsze w czarnych dziurach. A na tych, którym udało się szczę-śliwie dotrzeć do celu, czyhały nie mniejsze niebezpieczeństwa, bowiem badane planety, księżyce czy planetoidy rzadko kiedy bywały przyjazne. Pionierzy międzygwiezdnych szlaków ginęli w rozpadlinach aktywnych sejsmologicznie globów, rozszarpy-wani przez dzikie zwierzęta, gubiąc się w nieprzebytych dżun-glach, umierając od nieznanych zarazków. A nie zawsze odkryte światy warte były takiego poświęcenia. Niektóre były wyjałowio-ne i nie opłacało się ich eksplorować. Pomimo tego tysiące zwia-dowców corocznie wyruszało w kosmos, wierząc w swoją szczę-śliwą gwiazdę i licząc, że fortuna się do nich uśmiechnie.
Tak samo było z nami. Pięciu straceńców, którzy postanowili wrócić na Ziemię w chwale, sławie i bogactwie lub nie wrócić wcale.
Z dowódcy przeniosłem spojrzenie na siedzącego obok Bah-mana, który był inżynierem odpowiedzialnym za automaty, son-dy i roboty potrzebne do pracy na powierzchni planety. Wysoki i chudy, o wiecznie bladym obliczu, sam wyglądał jak jeden ze swoich robotów.
Nigdy go nie lubiłem. Zamknięty w sobie i skryty, nie był naj-lepszym kompanem. W przeciwieństwie do Gorszkowa, naszego lekarza. Jowialny, zawsze uśmiechnięty jasnowłosy mężczyzna był dobrym duchem wyprawy. Na szczęście podczas lotu nie miał za wiele pracy, a ja żywiłem nadzieję, że tak pozostanie.
W fotelu obok siedział Szenrab. Orli nos i ciemna karnacja skóry zdradzały semickie pochodzenie. Dołączył do wyprawy najpóźniej i nie uczestniczył w cyklu przygotowawczym, więc niewiele o nim wiedziałem. Był małomówny, ożywiał się jednak, kiedy rozmowa schodziła na tematy naukowe. Wydawało mi się, że tylko wówczas. Był naszym oficerem naukowym.
 
Ja zaś byłem biologiem.
Plan dotarcia do samego serca gromady kulistej 47 Tucanae wydawał się szalony. Trzeba było niezwykle dokładnie wytyczyć kurs statku, co do setnej sekundy obliczyć wyjście z zakrzywienia przestrzennego, znaleźć odpowiedni kąt, żeby nie trafić w sam środek rozżarzonej gwiazdy, o co nietrudno w tak wielkim ich nagromadzeniu.
Oddalona od Ziemi o trzynaście tysięcy lat świetlnych groma-da 47 Tucanae od lat intrygowała badaczy. Liczne skupisko gwiazd jaśniało na niebie i przyciągało jak magnes, a w dodatku w centrum gromady naliczono dwadzieścia jeden tajemniczych błękitnych maruderów – gwiazd, które nie powinny istnieć.
Musiałem przerwać moje rozmyślania, ponieważ wchodzili-śmy w atmosferę planety, która dziwnym trafem krążyła wokół jednej z tych osobliwych gwiazd.
(...)
Ciąg dalszy w Science fiction po polsku!


Nasi partnerzy