Pietia i Witia - co złego, to nie my!


     
FRAGMENT:

* Te opowiadania przetłumaczono już na rosyjski. Dowiedz się, dlaczego!

PIETIA I WITIA – Zdjełano w CCCP

- Da, Tawariszcz Połkownik! Ponimaju! – do ostrego głosu Tatiany Krasawickiej doszedł świst wojskowego pejcza. Kobieta cięła nim ostro w lewą dłoń. Pewnie zostałaby na niej pręga, gdyby sierżant nie nosiła skórzanych rękawiczek.
Pułkownik Borys Witia Kotunow podskoczył na swoim służbowym fotelu. Choć zasłynął z odwagi już jako kapitan artylerii, to teraz ciarki przeszły mu po plecach. Pamiętał dobrze, że gdy służył na okręcie „Potiomkin” wołali go „Nieustraszonyj”. Wobec Tatiany czuł jednak respekt. Stojąca przed nim kobieta działała na niego, jak największego kalibru niemiecka armata. Podniecała w ten przerażająco, zwierzęcy sposób. Przypominała mu Wierę Siemionową, którą kiedyś darzył równie gorącym uczuciem, a która opuściła go dla jakiegoś rewolucjonisty.
- Eto misja największej wagi państwowej, Krasawicka! – ciągnął dalej. Poruszył, dla podbudowania swojego morale sumiastym wąsem. - Dla dobra naszej ziemi i przyszłości narodów. Dla dobra synów i cór ojczyzny. Musimy dać z siebie wszystko. Tak, jak zrobił to sam Tawariszcz Sekretarz!
- Sam, Tawariszcz Sekretarz? – powtórzyła za pułkownikiem Krasawicka.
Pejcz zastygł na dłuższą chwilę w jej dłoni. Rozważała słowa zwierzchnika, próbując jednocześnie zrozumieć, co oznaczają.
- Wszystko dał z siebie? – Tatiana chciała się upewnić. Słyszała wcześniej plotki o osobistym zaangażowaniu się Sekretarza w eksperyment. Nie dawała im jednak wiary.
- Dosłownie, Krasawicka. Dosłownie! – Kotunow wypowiadał słowa bardzo szybko. Można było odnieść wrażenie, że przechodząc przez struny głosowe, parzą mu przełyk. Kobieta dopiero teraz zdała sobie sprawę, że tajemnica, którą do tej pory był obarczony, musiała być wielkim ciężarem. – Oddał swoją własną, doskonałą, macierzystą komórkę! – ciągnął Kotunow.
- Wielki czieławiek! – Krasawicka zagwizdała z podziwu pod nosem.
- Tak jest, Tatiano! – pułkownik pokiwał głową z przejęciem. – Nie było bardziej godnego, bardziej prawego człowieka, który mógł zaszczycić nas tym darem. Jego materiał genetyczny połączono z innymi komórkami, wzmacniając najpotrzebniejsze cechy nowego osobnika. Dzięki niemu, akcja „Klon” weszła w decydująca fazę!
- Stworzymy człowieka doskonałego! – wykrzyknęła Tatiana. – Wreszcie! – gwałtowny przypływ adrenaliny spowodował, że uderzyła pejczem w blat biurka.
Pułkownik podskoczył ze strachu na fotelu. Nie zwrócił jednak uwagi Krasawickiej. Rozumiał jej podniecenie. W tej chwili czuł się podobnie. Jakby to on sam miał decydować o przyszłości świata. Poza tym, świst pejcza w dłoniach tej mocnej, rosyjskiej kobiety, zaczynał mu się coraz bardziej podobać.
- Tawariszcz Połkownik! – kapitan wyrwała Kotunowa z błogiego zamyślenia. – Co zrobimy z pierwszym klonem?
- Dyrektywy są – stary żołnierz ociągał się z odpowiedzią. – Z Moskwy...
- Tak? – Tatiana starała się zachęcić pułkownika do zwierzeń.
- Dziwne rzeczy się dzieją na styku wschodu, z zachodem – Kotunow zasępił się. - Krańce naszego imperium okazały się krańcami cywilizacji. Dalej tylko pustka. Podobno strach się zapuszczać, już za Wisłę...
- Słyszałam, że to, Demony jakieś? – kapitan zniżyła głos do szeptu. – Nawet z tych ich telewizorów wychodzą i straszą!
- Cicho sza, Krasawicka! – pułkownik poczerwieniał na twarzy. – Siać zamętu nie można! Nie tego po nas się spodziewają.
- Wybaczcie, Tawariszcz! – Krasawicka poczerwieniała na twarzy.
- Prawdą jest jednak – Kotunow wydawał się udobruchany. - Że nasze klony mają do wykonania zadanie doniosłe. Wyślemy je tam, gdzie niebezpiecznie, by porządek zaprowadziły i powstrzymały napływ zachodniego chaosu!
- Brawo! – Tatiana zapomniała niemal o obowiązującej, wojskowej etykiecie i klasnęła w dłonie.
- Będą strażnikami porządku! – pułkownik nie zważał już na nic. Mówił jak natchniony.
Przypomniały mu się czasy, gdy jako młody aktywista, na swoim pierwszym zjeździe partii występował na mównicy. Potępiał wtedy w ostrych słowach zrzuty amerykańskiej stonki, na rosyjskie ziemniaki. Dzisiejsza chwila uniesienia była podobna do tamtej. Tym razem jednak był pewien, że z nowym zagrożeniem, poradzi sobie bez przeszkód.
– Specjalistyczne przeszkolenie pomoże im zwalczać każde zagrożenie! Demony, o których mówicie, Krasawicka, nie przedostaną się przez szczelny kordon naszych klonów! – ciągnął.
- Będzie ich więcej? – Tatiana słuchała pułkownika z szeroko otwartą buzią.
- Tak! – wykrzyknął stary wiarus. – To będzie wojna klonów! Będą ich setki, tysiące! Wszystkie, jak nasz Tawariszcz Sekretarz!
- I kto by pomyślał! – Tatiana nie kryła swojej dumy. – To wszystko w naszym wojskowym laboratorium!
- Tak, to wszystko właśnie nam się udało! – w głosie pułkownika można było wyczuć wzruszenie ściskające mu gardło. – Dzisiejszej nocy uruchomiony zostanie proces, który doprowadzi do stworzenia pierwszego klona. Nasi specjaliści przyspieszą jego rozwój, by dzisiaj około południa, osobnik osiągnął swoją dojrzałość, sprawność fizyczną i umysłową. Będzie w pełni gotowy na inspekcję samego Tawariszcza Sekretarza!
- Już dzisiaj? – Krasawicka była zaskoczona. Nie pamiętała, kiedy ostatnio coś wzbudziło w niej równie silne zdziwienie. – Jak to możliwe?!
- Możliwe! – ryknął pułkownik. – Nie wierzycie w zdolności i siłę rosyjskiej myśli naukowej?
- Tawariszcz, ja nawet bym nie śmiała....
- Nasz rodzimy skarb. Profesor Herman Sztetke, opracował cały proces z najdrobniejszymi szczegółami! Dzisiaj klon będzie w pełni gotowy! Jego wiedza i sprawność fizyczna przekraczać będą wasze najśmielsze oczekiwania, Krasawicka. Zrozumiano?
- Tak jest, Tawariszcz Połkownik! – Tatiana uderzyła obcasami butów o siebie, stając w przepisowej pozycji na baczność.
- No! – pokiwał groźnie palcem Kotunow. – Jeszcze jedno!
Wstał z fotela i obszedł biurko, niby przypadkiem ocierając się o wyprężoną pierś kapitan.
- Mam coś, co do tej pory ukryte było w moim sejfie, a co zaniesiecie do laboratorium – Kotunow przemierzył pokój zamaszystym krokiem i zatrzymał się przy ścianie, na której zawieszona była orientalna makatka.
Wiarus zdarł ją wprawnym ruchem ręki. Potem sięgnął do wbudowanego w ścianę uchwytu i pociągnął w swoja stronę. Drzwiczki się uchyliły. Krasawicka zobaczyła z miejsca, w którym stała, jak ze szpary uchodzi mroźny dym i unosi się pod sufit.
- Tutaj! – Borys namacał coś po omacku we wnętrzu zamrażarki. – Tutaj Tatiano, mamy naszą przyszłość!
Wreszcie pułkownik wyciągnął ukrytą dłoń. Uniósł wysoko w górę to, co w niej trzymał. Wyglądało jak wielka szklana ampułka wypełniona różową substancją.
- Ta wielka szklana ampułka, wypełniona różową substancją – odezwał się Kotunow – to komórka macierzysta Sekretarza zmieszana z materiałem genetycznym innych, wielkich ludzi. Nasz przyszły klon, Krasawicka!
Tatiana niemal pisnęła z podniecenia. Tymczasem pułkownik mówił dalej:
- Weźmiecie ją i jak najszybciej dostarczycie, Herr...Towarzyszowi Sztetke!
- Tak jest! Tawariszcz Połkownik! – Krasawicka podskoczyła do Kotunowa i przejęła od niego ampułkę.
- Dołączę do was w laboratorium za godzinę! – wiarus po raz pierwszy się uśmiechnął. - Tylko mnie nie zawiedźcie!
- Nie zawiodę! – odpowiedziała Tatiana Krasawicka.
Obróciła się na pięcie i wybiegła z pokoju. Błyskawicznie pokonała schody, przeszła przez długi korytarz, wyszła na dziedziniec, potknęła się, upadła i zbiła to, co tak troskliwie trzymała w dłoni.

Krasawicka leżała przez dłuższą chwilę w bezruchu. Trzymała się wciąż tej złudnej nadziei, że śpi, śni jej się koszmar i zaraz, za małą chwileczkę, z niego się obudzi. Im dłużej jednak leżała, tym szybciej tląca się w głowie nadzieja gasła. Przed nią, na brukowanym dziedzińcu, leżało stłuczone szkło i resztka płynu, który błyskawicznie wsiąkał w szczeliny. Kapitan zrozumiała, że nie było już co zbierać.
Tatianie na kilka sekund serce przestało bić. Wolałaby pewnie, żeby już w ogóle nie wróciło do normalnego rytmu. Straszna prawda dotarła do jej mózgu, wprawiając w przerażenie każdą komórkę ciała. Krasawicka zdała sobie sprawę, że właśnie przed chwilą rozbiła „przyszłość narodów”.
Kobieta wstała z trudem. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Rozejrzała się wokół. Miała wrażenie, że setki spojrzeń zatrzymały się na jej postaci, że wycelowano w nią, z wyrzutem, wskazujące palce. Nic takiego jednak się nie stało. Nie było nawet jednego świadka, tej osobistej tragedii. Tatiana Krasawicka stała samotnie, nad umierającą komórką macierzystą Towarzysza Sekretarza.
Kapitan była jednak kobietą silną. Hartowaną w szczególnie trudnych Syberyjskich warunkach. To ona, ochotniczka z Moskwy, położyła ostatni podkład pod transsyberyjską kolej. Walczyła też dzielnie, na gołe pięści, z polarnym niedźwiedziem. Nie było dla niej sytuacji bez wyjścia. Doszła do wniosku, że teraz też powinna uporać się z zaistniałym problemem.
Szybkim krokiem przemierzyła dziedziniec i skierowała się do wojskowego ambulatorium. Musiała stamtąd pożyczyć coś, co mogło wybawić ją z opresji, w jakiej się znalazła.

Kilka minut później, Krasawicka zaczaiła się z przygotowaną strzykawką na pułkownika Borysa Kotunowa. Czekała na odpowiedni moment. Wiedziała, że problemy żołądkowe zwierzchnika, nabyte jeszcze w czasach, gdy odbywał służbę w dżungli, przygnają go w to miejsce. Kapitan wzięła na siebie ogromne ryzyko. Postawiła na szali swoje zdrowie fizyczne i psychiczne. Coś mówiło jej, że przetrwa tę próbę nerwów. Może postąpiłaby inaczej, gdyby przewidziała, co ją czeka.
Jedyny czynny wychodek, do którego zmierzał teraz pułkownik, ustawiony był pod gmachem głównym, zaraz przy placu manewrowym. Gdy Borys do niego wchodził, nie miał prawa zauważyć Tatiany, ukrytej za podwójną, drewnianą ścianką.
Kotunow krótko szykował się do swojego żołnierskiego obowiązku. Rozpiął wojskowy pas i opuścił spodnie. Gdy Krasawicka zobaczyła, przez szparę w ścianie, jego wielki, owłosiony pośladek, odbezpieczyła strzykawkę, zamknęła oczy i kłuła nią przed siebie. Borys nawet nie poczuł, że coś wbija się w jego stwardniałą od ciągłego przesiadywania na fotelu, tkankę. Tatiana pociągnęła tłoczek do siebie i gdy misja została zakończona, schowała wypełnione płynem narzędzie zbrodni do kurtki. Nie przewidziała jednego. Jeśli nie chciała się zdradzić i zniweczyć misternie ułożonego planu, nie mogła opuścić wychodka przed samym pułkownikiem.
Krasawicka sama nie była pewna, w którym momencie odzyskała przytomność. Wyczołgała się z trudem na plac manewrowy. Wyciągnęła strzykawkę i uniosła ją w górę. Przemknęło jej przez myśl, że płynu było trochę mało. Być może nawet za mało, w porównaniu do wypełnionej po brzegi ampułki, którą Tatiana miała dostarczyć do laboratorium. Coś jeszcze kobiecie przyszło do głowy. Problem, którego wcześniej nie dostrzegła. Komórka macierzysta Towarzysza Sekretarza miała przyczynić się do powstania klonu idealnego. Tymczasem, trudno było uznać, że materiał genetyczny dostarczony przez pułkownika, mógłby w pełni ją zastąpić. Borys Kotunow był człowiekiem odważnym, acz pełnym wad, do tego niesamowicie brzydkim. Tatianie tymczasem wydawało się, że klon musi nie tylko słynąć z odwagi, ale także być idealnym pod względem fizycznym, jak i umysłowym.
Rozwiązanie problemu przyszło samo. Krasawicka dojrzała w oknie piękną czuprynę Wiery Siemionowej. Wiera została zatrudniona w jednostce na stanowisku sekretarki blisko miesiąc temu. Tatiana uznała, że kilka komórek blond piękności, na pewno zneutralizuje brzydotę pułkownika. Kapitan pognała więc co sił w nogach na pierwsze piętro, do sekretariatu. Pod pozorem szczepień ochronnych przeciw zrogowaceniu naskórka, uzyskała od nieświadomej kobiety to, czego chciała.
Następny na liście Tatiany musiał być osobnik obdarzony wysokim intelektem. Najlepiej uczony i to taki znający się na rzeczy. Krasawicka znała takiego osobnika. Był nim sam Herr... Towarzysz Sztetke.
Profesor szykował się właśnie do wyjścia do laboratorium, gdy usłyszał przytłumiony dźwięk wydobywający się zza drzwi. Nie mógł uwierzyć własnym uszom. Była to muzyka, której nie słyszał całe wieki. Głośne, zdecydowane brzmienie przyprawiające go o dreszcze. Wyszedł na korytarz. Rytm marsza płynący z głośników adaptera nie mijał. Sztetke przyspieszył kroku. Szedł w kierunku, skąd wydawało mu się, dobiegał głos.
W końcu stanął naprzeciwko drzwi Tatiany Krasawickiej. Nie mógł wyjść ze zdziwienia. Do tej pory kobieta ta, była dla niego ucieleśnieniem barbarzyństwa. Świadczyły o tym nie tylko owłosione nogi, postura, ale i ogólne usposobienie. Profesor pchnął drzwi z całej siły, jaką miał w swoim cherlawym ciele. Rzeczywiście, jego przypuszczenia okazały się trafne. Przy gramofonie, z którego wydobywał się słodki marszowy dźwięk, stała Tatiana Krasawicka. Ubrana była w swój wyjściowy, galowy mundur. Zamaszyście machała rękami i podnosiła wysoko kolana. Sztetke rozpoznał w tych ruchach regulaminowy marsz w miejscu. Marsz jakiego nie widział od dawna. Płynne przesunięcie ramion, obciągnięte palce dłoni, kolana unoszone pod perfekcyjnym kątem. Krew w żyłach profesora zawrzała. Zobaczył Tatianę w pełnej krasie, kobietę, która w tym momencie wydała mu się istotą doskonałą. Nigdy dotąd przeciwna płeć nie dzieliła jego pasji. Być może z tego powodu profesor unikał kobiet. Teraz, nagromadzone przez blisko sześćdziesiąt lat życia podniecenie, dało o sobie znać. Sztetkem zawładnęło uczucie, które kazało mu błyskawicznie pokonać odległość dzielącą go od Krasawickiej. Rzucił się w jej stronę czując, że serce łomocze mu w piersiach jak oszalałe. Ułamek sekundy później maszerował obok niej, regulaminowo podnosząc kolana. Czuł więź, jakiej dotąd nie dane było mu przeżyć. Zatracił się w tym akcie, tracąc niemal przytomność. Nie zorientował się nawet, gdy Tatiana wbiła mu strzykawkę, pobierając kolejne komórki potrzebne do stworzenia doskonałego klona.

Piętnaście minut później Krasawicka stała pod drzwiami laboratorium. Profesor zdążył już opuścić jej pokój. Przygotował się do eksperymentu. Teraz wystarczyło przekazać mu wypełnioną strzykawkę. Tatiana spojrzała na płyn, który zdążyła zebrać przez ostatnie kilkadziesiąt minut. Mogła być z siebie dumna. Dzięki jej zabiegom, pierwszy klon miał mieć wszystkie te cechy, które świadczyły o doskonałości. Od pułkownika – odwagę, od Siemionowej – urodę, od profesora - mądrość. Krasawicka pomyślała, że do tej mieszanki przydałoby się jeszcze trochę sprytu. A, że nie znała osoby bardziej sprytnej od siebie, tedy nie zastanawiając się długo, wbiła strzykawkę w swój własny pośladek. Bez zastanowienia pociągnęła tłoczek i po chwili, z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku, wkroczyła do laboratorium.
- Jesteście! – Sztetke popatrzył na Krasawicką. Uśmiechał się szeroko. Próbował ukryć drżenie dłoni na samą myśl o tym, co działo się kilkanaście minut wcześniej w pokoju kapitan. – Macie materiał?
- Mamy! – odpowiedziała radośnie Tatiana i wręczyła strzykawkę profesorowi.
Ten nie wahał się długo. Podszedł do laboratoryjnego stołu. Ustawione były na nim przeróżne w kształcie i kolorze naczynia. Połączone były rurami, rurkami i rureczkami. Niektóre stały na gazowych palnikach, inne zawieszone były w powietrzu na metalowych wysięgnikach. Sztetke wcisnął zawartość strzykawki do czegoś, co wyglądem przypominało przezroczystą lampę Aladyna. Płyn zmieszał się z roztworem, który wcześniej wypełniał naczynie. Zaczął buzować, pienić się i zmieniać kolor. Gdy Krasawickiej wydawało się, że całość lada moment wykipi, profesor odkręcił jeden z zaworów i ciecz pod ogromnym ciśnieniem przepływać zaczęła przez całą aparaturę. Przelewała się w różnych kierunkach, przechodziła przez rozgałęzienia, systemem rurek i rureczek, by wreszcie zgromadzić się w jednej wielkiej butli, która wyglądał zupełnie tak, jak ta butla z piwnicy, do wyrobu porzeczkowego wina.
- On żyje! – wykrzyknął profesor wskazując palcem na klarujący się płyn.
Rzeczywiście, Krasawicka dostrzegła coś utopionego w cieczy, co swoją bardziej stabilną konsystencją, odróżniało się od płynnego otoczenia.
- To komórka macierzysta. Przyspieszyłem fazę jej wzrostu. Lada chwila powstanie z niej męski osobnik!
Tatiana poczuła coś dziwnego. Coś, co od wewnątrz przeszyło całe jej ciało falą przyjemnego ciepła. Patrzyła jak urzeczona na rosnącą w oczach komórkę. Nie wiedziała co znaczą; ucisk w gardle i napływające do oczu łzy szczęścia. W kapitan Krasawickiej najwyraźniej wtedy, po raz pierwszy i ostatni, odezwał się pierwotny instynkt. Instynkt macierzyński. Przypomniała sobie inny epizod swojego życia, krótkiego acz burzliwego małżeństwa z Pietią Wasilijewiczem. Wtedy mimo nalegań męża nie zdecydowała się mieć dzieci. Jako nowoczesna kobieta postawiła na pierwszym miejscu karierę wojskową. Być może teraz, przez ułamek sekundy, pożałowała tamtej decyzji.
- Co to jest? – profesor dosyć natarczywie przerwał jej błogi stan. – Co się dzieje?!
Rzeczywiście kobieta teraz także to zobaczyła. W butli nastąpiły dziwne zmiany. Komórka rosła w oczach w przerażającym tempie. Wirowała łagodnie wokół swej osi, jakby majestatycznie pływając wśród fal wezbranego oceanu. Teraz jednak wydawało się, że materia jakby napuchła, a wewnątrz niej pojawił się prześwit. Szpara ta powiększała się powoli, ale konsekwentnie. Przez chwilę trwała biologiczna walka. Wreszcie komórka zupełnie się rozdzieliła, a powstałe w ten sposób dwie części, rozpłynęły się, każda w swoją stronę.
- Rozdzieliła się! Dlaczego?! – krzyczał Sztetke.
W tej chwili ktoś otworzył drzwi laboratorium. Do pomieszczenia weszli dwaj osobnicy. Krasawicka stanęła na baczność, dumnie wypinając pierś na widok pułkownika. W pierwszej chwili nie poznała stojącego przy nim mężczyzny.
- Co to za krzyki!? – Tawariszcz Sekretarz zmarszczył groźnie brwi. – Mówić natychmiast!
Profesor Sztetke zamarł w bezruchu. Widać szukał wyjścia z zaistniałej sytuacji. Coś przyszło mu do głowy, bo wreszcie przemówił:
- Tawariszcz Sekretarz! Mam wspaniałą wiadomość! Będziemy mieli dwóch „osobników doskonałych”!
Tatiana pobladła, wolała się nie odzywać. Przyszło jej do głowy, że przesadziła z ilością zebranego materiału genetycznego i teraz jego nadmiar doprowadził do podziału komórki i powstania bliźniaków.
- To doskonała wiadomość! – wykrzyknął Sekretarz. – To jeszcze lepiej, niż mogłem się po was spodziewać!
Sztetke nie odpowiedział. Nie był pewny, czy rzeczywiście jest to dobra wiadomość. Zdawał sobie sprawę, że podział doskonałej komórki nie oznacza powstania dwóch doskonałych osobników. Wręcz przeciwnie, ilość wyselekcjonowanych genów ulegnie podziałowi między bliźniaków. Widać było, że nawet ten podział nie będzie równy. Jedna z komórek była wyraźnie większa.
Profesor postanowił nie zdradzać swoich obaw. Uznał, że nie ma to najmniejszego sensu. Miał już opracowany plan ucieczki. Finansowali go Amerykanie. Na pustyni Nevada przygotowano już dla niego tajne laboratorium. Sztetke przewidział, że z eksperymentu mogą wyjść nici, więc transport przez Chińską Republikę Ludową miał ustawiony na dzisiejszą noc.
- Wspaniale! – Sekretarz tymczasem, nie mógł wyjść z podziwu. – Wszystko zgodnie z planem. Każde z was może od dzisiaj liczyć na specjalny dodatek do przydziału żywnościowego!
Hojność państwowego urzędnika, w innych okolicznościach przyjęta zostałaby pewnie bardziej entuzjastycznie. Jednak Krasawicka i profesor mieli zaprzątnięte myśli zupełnie czym innym.
Tymczasem, jedna z laboratoryjnych asystentek podeszła do butli. Komórki zdążyły w czasie tych kilku minut zmienić się nie do poznania. W rzeczywistości, w zbiorniku pływała teraz dwójka dzieci. Jedno z nich natarczywie kopało w szklany materiał. Najwidoczniej uznało, że jest już najwyższy czas na wydostanie się na świat. Asystentka zdjęła pokrywę i wyciągnęła najpierw jednego chłopca, a potem drugiego. Włożyła ich do długich, szklanych inkubatorów i wystukała jakieś dane na klawiaturze maszyny odpowiedzialnej za działanie urządzenia.
- Co teraz. Co ona robi? – Tawariszcz Sekretarz zacierał ręce. Obserwował wszystko z coraz większymi wypiekami na twarzy.
- Te urządzenia kontrolują fazę wzrostu chłopców – Sztetke mówił bez zapału. Błądził myślami już gdzieś daleko. – Chcemy, by po zakończeniu całej procedury, byli osobnikami dojrzałymi, w kwiecie wieku.
- A co z ich pamięcią? Ich umiejętnościami, całą ideologią, którą mają oświecać narody?
- Już w nich jest. Nazywamy to pamięcią genetyczną, pamięcią dawców – Sztetke nagle się ożywił. Uśmiechnął się nawet, ukazując braki w uzębieniu. „Jedynki” wypadły mu jeszcze w czasach, gdy bawił się materiałami radioaktywnymi. – Wyselekcjonowaliśmy od dawców najważniejsze informacje i umiejętności. Zostały one przekazane nowym osobnikom. Dotąd uważało się, że pamięci się nie dziedziczy. To błąd. Doprowadziliśmy do powstania kombinacji komórek, które zachowują pamięć dawców i te elementy wspomnień, z którymi ktoś był najbardziej związany. Ten proces przebiegał kilkanaście minut temu, w tej aparaturze – profesor wskazał na laboratoryjny stół.
- O wszystkim pomyśleliście! – pochwalił profesora, pułkownik Borys Kotunow. Odezwał się po raz pierwszy od dłuższej chwili. Przez cały ten czas myślał o awansach i chwale, które niewątpliwie musiały przypaść mu w udziale. On, syn radzieckiego chłopa zaszedł tak wysoko. Przypomniał sobie z rozrzewnieniem dawne życie, rodzinną chałupę, pola rozciągające się po horyzont i miedzę. – Wy także zasłużyliście na pochwałę, Krasawicka! – dodał.
Tatiana uśmiechnęła się nieśmiało. Spojrzała na inkubatory. Leżeli w nich dwaj niezwykle chudzi, wręcz żylaści osobnicy. Mogli mieć około trzydziestu, trzydziestu pięciu lat. Krasawicka pożałowała, że nie starczyło jej czasu, by do mieszanki genów dodać komórki wojskowego osiłka, Arnolda. Było już na to za późno. Zresztą, co widać było wyraźnie, do ideału obu klonom brakowało o wiele więcej.
Kapitan nagle zapragnęła znaleźć się zupełnie gdzie indziej. W dzieciństwie wyobrażała sobie, że całe swe życie poświęci pomocy innym. Mogła teraz służyć w Korpusie Pokoju w Afryce. To była jej niespełniona ambicja. Teraz, gdy patrzyła na nieudany wynik eksperymentu genetycznego, żałowała wszystkich swoich życiowych decyzji. Chciała nawet zapaść się pod ziemię.
Jeden z klonów uśmiechnął się przez sen. Nie miał dwóch przednich zębów. W laboratorium zapadła grobowa cisza. Przerwał ją dopiero po kilku długich sekundach, głośny huk. To pozbawione przytomności ciało Tawariszcza Sekretarza uderzyło o podłogę.

Mężczyzna otworzył powieki z tak ogromnym wysiłkiem, że wydało mu się, że ten heroiczny wyczyn wypompował z niego wszystkie siły. Miał wrażenie, że leży nakryty czymś, co przypominało szklany klosz. Nie mógł przypomnieć sobie kim jest, ani gdzie się znajduje. Strzępki myśli z wielkim trudem łączyły się ze sobą. Do świadomości dotarły obrazy ułożone w sposób przypadkowy. Zobaczył pierwej starą chałupę na wzgórzu, pole ciągnące się hen po horyzont i miedzę. Potem zaczął rejestrować wyrazy. Przedzierały się z samej podświadomości. Wyłowił z nich coś, jakby zbudowane z sylab słowa; Wasilijewicz, Potiomkin, Wiera, Pietia, a może nawet Witia. I nagle wszystko znalazło się tam gdzie być powinno. Myśli, jak części układanki, wpasowały się w swoje miejsca i Witia Wasilijewicz przypomniał sobie wszystko.
Obrócił głowę na bok. Musiał dojrzeć co dzieje się z Pietią. Potiomkin leżał dalej nieprzytomny. Uśmiechał się przez sen. Wasilijewicz próbował błyskawicznie ocenić sytuację, w jakiej obaj się znaleźli. Nie była wesoła. Witia pamiętał, jak jeszcze wczoraj siedzieli w swoich chałupach, rozmyślali o nowym wytyczeniu miedzy, gdy pchnęła ich w świat, jakaś niemożliwa wręcz do opisania siła. Potrzeba niesienia pomocy innym. Coś widać stanęło im jednak na przeszkodzie.
Wasilijewicz rozejrzał się wokół. Dostrzegł w pomieszczeniu inne postaci. Biegały we wszystkie strony, bez wyraźnego powodu. Witia uniósł pokrywę i zrzucił ją na podłogę. Pękła z głośnym hukiem. Przeraźliwy krzyk w pomieszczeniu, doprowadził niemal do pęknięcia bębenków w jego uszach. Postanowił nie zwracać uwagi na ogólny harmider. Opuścił stopy na podłogę i spróbował wstać. Zauważył, że nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Były jak z drewna. Siłą woli Wasilijewicz doczłapał do miejsca, w którym leżał Potiomkin. Zrzucił klosz, pod którym uwięziony był sąsiad i szarpnął go za ramię.
- Pietia! – powiedział, gdy przyjaciel otworzył oczy. – Wstawaj, że! Opuszczamy imprezę!
Potiomkin przez chwilę patrzył nieprzytomnym wzrokiem na wybawcę.
- Ja, Pietia? – zapytał, najprawdopodobniej, żeby się upewnić. Na szczęście coś na kształt zrozumienia pojawiło się w jego oczach. Wstał i wspierając się na ramieniu Wasilijewicza skierował do wyjścia.
Klony uciekają! – krzyknął jakiś mężczyzna o sumiastych wąsach. Wskazywał palcem na obu towarzyszy.
- Klony? - ryknął w odpowiedzi Witia. – Głupiś ty? Czy ja jak drzewo wyglądam?
Wasilijewicz kręcąc z niedowierzaniem głową, popukał się w czoło. Gdy upewnił się, że przyjaciel doszedł do siebie, szepnął mu coś do ucha i obaj puścili się biegiem w stronę drzwi.
Ciąg dalszy w PIETIA I WITIA - co złego, to nie my!


Nasi partnerzy